Kategorie: Wszystkie | Dzieciństwo
RSS
sobota, 10 czerwca 2017

Każdy ma w swoim życiu epizod zakochania się w szkolnej koleżance, czy koledze :-) Tego nie da się uniknąć. Moja przygoda z zakochaniem zaczęła się w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Miałam tak blisko od domu, że Mama zaprowadzała mnie tylko w zerówce, natomiast już od pierwszej klasy chodziłam sama, a moja rodzicielka stała na balkonie i patrzyła czy dotarłam do budynku szkolnego.

Tak więc mój pierwszy obiekt zakochania miał na imię Olek. Chodził ze mną do klasy, a co więcej - mieszkał w tym samym bloku i jeździł ze mną windą. Mieliśmy tak blisko do szkoły, że nasi rodzice nie mieli potrzeby odprowadzania nas. 

Pewnego dnia wracaliśmy z Olkiem razem do domu, wsiedliśmy do windy, a w tej windzie Olek powiedział mi, że bardzo mnie lubi. Odparłam mu, że też go bardzo lubię. Wtedy Olek spytał: "a dasz buzi?", bez wahania cmoknęłam go w policzek :-)))))) Tak to para siedmiolatków gorszyła świat w Peerelowskiej windzie :-))))) Siedziałam potem w domu z wypiekami na twarzy i nie wiedziałam co zrobić. Pamiętam to jak dziś.

Z tego co się później dowiedziałam Olek chyba w trzeciej klasie przeprowadził się kilka ulic dalej, a co za tym idzie zmienił szkołę. Potem słyszałam, że marnie skończył - wagarował, nie ukończył żadnej normalnej szkoły. 

Co do szkolnych miłostek w samej podstawówce nie pojawiały się już żadne obiekty mojego zakochania ;-) Po skończeniu ośmioletniej podstawówki poszłam do sześcioletniego Studium Nauczycielskiego, a tam, niestety w klasie (i w szkole) same baby. Kiedyś wracałam autobusem ze szkoły, w którym spotkałam swoją koleżankę z podstawówki. Zapytałam się lakonicznie, czy ma chłopaka w klasie. Miałam na myśli jakąś męską osobowość, nie wyjaśniłam wcześniej, że chodzę do liceum, w którym są same dziewczyny. Koleżanka z dumą odparła, że w klasie nie ma, ale spotyka się z takim jednym fajnym maturzystą :-)))))) Ot wynikła rozmowa kury z gęsią :-))))))

Moja "kariera" w Studium Nauczycielskim skończyła się po dwóch latach. O przyczynach należy napisać w innym wątku. Znalazłam się następnie w Liceum Ogólnokształcącym, w którym ciężko mi było się zaaklimatyzować. Młodzież z racji drugiej już klasy LO miała zawiązane swoje przyjaźnie i grupki zainteresowań, a mnie trudno było znaleźć klimaty, które by mi odpowiadały. Był jednak w szkole taki chłopak, za którym wzdychała cała rzesza lasek. Wśród tych wzdychających byłam i ja, ale pokątnie. Nigdy bowiem nie miałam okazji nawet z nim pogadać. Pamiętam jego imię, to, że chodził w kraciastych koszulach i zajebiście grał na gitarze. Słuchał tego co ja, a szalały za nim dziewczyny, których jedynym idolem był Michael Jackson i Modern Talking :-))))

Niestety i ze wspomnianego liceum szybko się ewakuowałam. O przyczynach będzie gdzie indziej. W międzyczasie zmieniałam też miejsca zamieszkania, a co się z tym wiąże - towarzystwo jakie aktualnie zamieszkiwało okolice. 

Na jednym z takich osiedli, mając lat 15-16, znałam mnóstwo młodzieży, z którą zawiązałam większe i mniejsze przyjaźnie. Wśród nich byli bracia - ten starszy miał tyle samo lat co ja. Został obiektem moich westchnień. Niestety, kiedy wszystko wyszło na jaw, któregoś dnia usłyszałam od niego słowa ostre jak brzytwa: "nie rób sobie nadziei, dziewczyno, z tego i tak nic nie będzie". 

Dziś wspominam to z uśmiechem, ale dla mnie - wtedy - zadurzonej po uszy nastolatki, był to cios śmiertelny ;-) Dobrze, że miałam wtedy wsparcie w Mamie (zawsze je miałam) i jedna z moich koleżanek z tamtejszego towarzystwa też mnie skutecznie pocieszała. 

Z miłostek szkolnych nic mi nigdy nie wychodziło. Nie byłam blond sex bombą, ani przebojową szatynką. Zawsze z boku, zawsze na bakier z płynącymi trendami. Ale z perspektywy czasu niczego nie żałuję. Miałam oczywiście swoje marzenia o facecie na motocyklu, grającym na jakimś instrumencie, z tatuażami, długowłosym... Na taki ideał nigdy się nie doczekałam, ale swojego księcia z bajki już mam ;-)

10:19, sokramka
Link Komentarze (2) »
niedziela, 04 czerwca 2017

Byłam dzieckiem przełomowym na granicy końca socjalizmu i początku raczkującej demokracji kapitalistycznej. Odkąd pamiętam mój ojciec pracował, zarabiał i utrzymywał w ryzach finansowy szczebel układanki rodzinnej. Mama była tak zwaną "kurą domową" - opiekowała się dziećmi, prała, prasowała, gotowała, piekła domowe ciasta, chlebki, wyrabiała domowy makaron, robiła biały ser, przetwory i inne smaczne, domowe rzeczy. Mam w głowie nawet takie wspomnienie, kiedy to na wersalce w pokoju rozłożone jest białe prześcieradło, a na nim leżą równiutko rozwałkowane placki makaronowe, które mają przeschnąć. Następnie Mama kroiła te placki na cienkie pasy, które składała jeden na drugi i po chwili wyskakiwały spod jej małych, ale jakże zręcznych dłoni, zgrabne kluseczki. Pakowała je później do papierowych torebek i zapasu makaronu było na długo. 

Taka była praca Mamy - zajmowanie się domem. A ojciec pracował jako kierowca. Miał prawo jazdy na prawie wszystkie kategorie więc spokojnie zasiadał za kierownicą ciężarówki i jeździł. Dodatkowo ojciec wystawał w kolejce po chleb i mleko. Jak byłam mała były lata siedemdziesiąte, nie pamiętam tych zdarzeń, ale utkwiły mi w pamięci z opowieści Mamy, kiedy trzeba było wstać o 4.00 rano i pójść do kolejki za mlekiem czy chlebem. To zdecydowanie robił mój ojciec. 

Mama poszła do pierwszej swojej pracy dopiero w trakcie rozwodu. Zaczęła sprzątać przychodnię ponieważ jako osoba niewykształcona żadnej innej pracy nie mogła się chwycić. Ojciec niestety był (bo nie wiem czy nadal jest) strasznym skąpcem i dusigroszem. Alimentów płacić na nas za bardzo nie chciał i nasza Mama wręcz chodziła do zakładu pracy naszego ojca i pokazywała wyrok alimentacyjny, aby pani kadrowa wszczęła odpowiednie kroki do wypłaty świadczeń na dzieci. Nie mam zielonego pojęcia czy i w jaki sposób istniała wtedy instytucja komornika. Już o to Mamy nie zapytam...

Mama z czasem pracowała bardzo ciężko. Bywało nawet, że brała trzy etaty - poranne zamiatanie klatek, południowe sprzątanie domu i wieczorne ogarnięcie biura. Ale kasa była niezmiernie potrzebna. Raz, że ojciec nie kwapił się do łożenia na dzieci, ani niczym innym nie rekompensował traumy rozwodu, a dwa, że w dobie reform i przemian gospodarczych wszystko zmieniało ceny i wymagało nie lada umiejętności ekonomicznych. 

O tym jak moja dzielna i przedsiębiorcza Mama przeprowadziła rozwód i dlaczego - będzie w innym wpisie. 

20:32, sokramka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 maja 2017

Narodziny mojego Brata były dla mnie straszną karą za nie wiem jakie przewinienia ;-) Od początku patrzyłam na tego grubego golasa (Brat ważył prawie 4kg) z odrazą. Wciąż płakał, domagał się uwagi, jedzenia, potem z czasem dowiedziałam się, że urodził się dwa tygodnie po zapowiadanym terminie. Wody płodowe były już zielonkawe, a on sam do dziś nosi na sobie konsekwencje tego przedłużonego bywania w macicy, w postaci choroby skóry. 

Z perspektywy czasu próbuję przeanalizować zachowanie mojego ojca w stosunku do swoich dzieci i chyba Brat niekoniecznie był jego ukochanym synusiem. Kiedy bywaliśmy na spacerach wolał mnie prowadzić za rękę, niż wózek, a jeśli ja wolałam z Mamą - ojciec wózek prowadził daleko przed nami. Nie pamiętam też aby ojciec w jakiś sposób poświęcał swój czas dla syna. Po pierwsze bardzo dużo pracował (proszę pamiętać, że kiedyś i w soboty szło się zarabiać), a po drugie chyba już wtedy stosunki pomiędzy moimi rodzicami nie należały do najlepszych. 

Utkwiła mi jednak pewna sytuacja związana z relacjami rodzinnymi. Kiedy miałam 9 lat, a mój Brat 3 ojciec i Mama już byli w fazie wojny. Wojna nie była otwarta, ale polegała na wypominaniu, wyznaczaniu, pretensjach i żalach. Mój ojciec na dodatek objął pozycję stratega w działaniach psychologicznych, ale o tym zapewne będzie odrębny wpis. Ojciec kupił czekoladę. Wziął na kolana mojego Brata i zaczął tę czekoladę rozpakowywać. Bawiłam się wtedy na dywanie w pokoju, Mama coś robiła w kuchni. Ojciec powiedział do Brata, dość głośno, żeby wszyscy domownicy słyszeli: "masz zjedz sobie całą, nie dziel się z siostrą, ani z mamą, bo one są niegrzeczne, ta czekolada jest od tatusia, bo tatuś bardzo cię kocha". Pamiętam jak Mama przybiegła z kuchni i wypomniała ojcu te słowa. Jak można buntować tak małe dziecko przeciw własnej rodzinie? Rodzice bardzo pokłócili się wtedy. 

Mój Brat jako dziecko był chłopcem bardzo absorbującym. Wymagał opieki, uwagi, ale ciamajda z niego nie był. Potrafił wykorzystywać moją nieuwagę, nieroztropność Mamy, miałam często wewnętrzny żal, że Mama poświęca jemu więcej uwagi niż mnie, ale z czasem zdałam sobie z tego sprawę, że musiała tak postępować. Byłam starsza, rozważniejsza, można mi było zaufać. Brat potrzebował męskiego wzorca - mądrego, męskiego wzorca, którego musiała mu zastąpić nasza Mama.

Do osiągnięcia pewnego słusznego wieku żyliśmy z Bratem jak pies z kotem. Pamiętam sytuację, kiedy niechcący rozwaliłam mu głowę :-) Miałam się nim zająć na podwórku. Miał niecałe 3 lata, ja 9 - dziś Opieka Społeczna posadziłaby naszych rodziców w areszcie za niedopilnowanie swoich dzieci ;-) Tak więc moi koledzy bawili się kilkanaście metrów dalej od huśtawki, na której bujałam mojego Brata. Ponieważ mój Brat długo nie potrafił wyartykułować dłuższego zdania (przez co babcia sugerowała lekarza psychiatrę!) nie mógł mnie poinformować, że nie chce już się bujać i chce zejść z huśtawki. Moje oczy zwrócone były w kierunku dzieciaków z mojego podwórka, ale wciąż bujałam metalową zabawką dla dzieci. Brat sam zszedł z siedziska. Po raz pierwszy oberwał huśtawką w tył głowy kiedy moi znajomi skakali w gumę. Upadł na kolana i podparł się rękami. Po raz drugi oberwał w bok głowy kiedy chciał się odwrócić i pewnie coś mi zakomunikować. Wtedy usłyszawszy jego płacz dopiero na niego spojrzałam. Z krwawiącą głową zaniosłam Brata do domu na własnych rękach. Na szczęście nic groźnego mu się nie stało, choć czasem myślimy, że jednak trochę te klapki w mózgu się poprzestawiały ;-)

Wielokrotnie darliśmy ze sobą koty, wielokrotnie Brat dokuczał mi niemiłosiernie próbując pokazać swoją wyższość choć był o wiele młodszy. Jednak za każdym razem słyszeliśmy od naszej Mamy: "szanujcie się, bo jak mnie zabraknie będziecie mogli liczyć tylko na siebie". Te słowa jak mantrę powtarzam teraz swoim dzieciom i widzę, że jest to słuszna droga. Bo pomimo różnicy wieku zaszczepiony szacunek i miłość braterska czynią cuda. Nigdy też nie usłyszałam od Mamy: "ustąp mu, on jest młodszy". Konflikty między nami Mama rozwiązywała na placu boju. Nigdy żadnego z nas nie osądziła, ani nie potępiła, czy nagrodziła. Nie chciała słuchać pyskówek w stylu: "on mi to zrobił", "ona mi tamto".

Dziś jesteśmy rodzeństwem z prawdziwego zdarzenia, choć bywają sytuacje, że nie zgadzamy się w pewnych kwestiach, ale jesteśmy wszak dorośli - trudno żebyśmy narzucali sobie własny tryb życia. Potrafimy odgadywać swoje marzenia, nadajemy na jednych falach filmowo, muzycznie (prawie, nie całkowicie), ale przede wszystkim wspieramy się. Potrafimy się pokłócić i za chwilę rozmawiać o kabaretach. Jesteśmy osobnymi, niezależnymi bytami z wyznaczoną przez siebie własną drogą życiową, a jednak pozostajemy w magicznym, braterskim związku ;-)   

20:06, sokramka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 kwietnia 2017

Kiedy rodzice otrzymali przydział na mieszkanie miałam coś około czterech lat. Dokładnie nie pamiętam, ale z opowieści mojej Mamy tak właśnie musiało być. Dla mnie było to ogromne mieszkanie. Z okruchów pamięci jakie mi się nasuwają mam przed oczami wielki pokój i przeraźliwie wysokie drzwi na balkon. W rzeczywistości pokój miał około 15m2 a drzwi balkonowe były usytuowane na jednej ze ścian owego pokoju. Innego okna tam nie było. Kuchnia była malutka, ale widna, z podwójnym oknem, łazienka tez niczego sobie - z wanną i ciepłą wodą z piecyka gazowego.

Mieszkało nam się chyba dobrze. Ze zdjęć jakie potrafię czasem przeglądać widać, że nawet były tam organizowane większe przyjęcia. Na środku stał stół i wokół niego ciasno usadowieni byli członkowie mojej rodziny. Wtedy jeszcze bardzo pełnej rodziny: trzy siostry mojej Mamy, dwie z mężami, troje rodzeństwa mojego ojca, dwójka z małżonkami, dwie moje babcie i jeden dziadek. Oj... ciasno na 15m2. Są tez i takie zdjęcia gdzie jest tylko rodzina mojej Mamy a na innych jest tylko rodzina mojego ojca. Może postanowili przyjeżdżać na raty? ;-)

Mieszkanie usytuowane było w pięciopiętrowym bloku i była tam winda. Na piętrze nad nami mieszkał chłopak, który później chodził ze mną do podstawówki. Na piętro piąte niebawem wprowadził się inny chłopak, który również został moim kolegą z klasy. Najbliższą koleżankę miałam dwie klatki dalej, oczywiście też chodziła do naszej klasy. Do dziś utrzymuję z nią sporadyczny kontakt. To już 36 lat tej znajomości.

Okres pomiędzy czwartym rokiem, a szkolnymi przygodami pamiętam słabo. Ponieważ moja Mama nie pracowała ja nie chodziłam do przedszkola. Pensja mojego ojca wystarczała na codzienne życie, opłacenie rachunków i wakacyjne wyjazdy. Potem okazało się, że ojciec "uciułał" w wersalce sporą sumkę dolarów kupowanych u cinkciarzy ;-)

Ze zdjęć wakacyjnych wyłania się kilka wspólnych wyjazdów moich rodziców ze mną, ale im jestem starsza tym tych wyjazdów wspólnych jest mniej. Jest natomiast sporo zdjęć z wakacji na wsi - u dziadków ze strony mojego ojca. Nie lubiłam tych wakacji. Kojarzyły mi się z brzęczącymi muchami nad uchem o 5.00 rano, sikaniem do nocnika w sieni domu oraz myciem w balii, w kuchni. Nie dziwi mnie z jednej strony fakt, że podczas rozwodu moich rodziców, babcia ze strony ojca wyzywała nas od "miastowych".

Miłe wspomnienia z tych wakacji krążą tylko wokół najmłodszego brata mojego ojca. Między nami jest 17 lat (chyba, o ile dobrze pamiętam) różnicy. Wujek miał niesamowity talent rysowniczy i pokazywał mi swoje dzieła - ptaszki, zwierzęta leśne, ryby, drzewa, a ja z ołówkiem siadałam obok niego i próbowałam naśladować jego rysunki. Ja swój talent zmarnowałam, wujek jest nauczycielem plastyki, historii oraz leśnikiem.

Wakacje u dziadków to też krowy i codzienne wychodzenie z babcią na pole w gumowych ciapciakach na nogach, żeby w krowim gównie nie umorusać "warsiawskich" butków. Ciepłe mleko było fajne, ale inne rzeczy nie. No i moja babcia nie była zbyt czuła i wylewna i nie przypominam sobie, żebym np. siedziała u niej na kolanach. Prędzej u dziadka - ale jego się bałam - był najlepszym kowalem we wsi, miał ogromne dłonie i wysoki wzrost. Podobno bil moją babcię, ale ze wspomnień to ona wydaje mi się bardziej "surowa" i niedostępna.

Kiedy miałam 6 lat urodził się mój brat. Pamiętam dokładnie ten dzień, bo była wtedy burza i lał straszny deszcz. Zmoczyłam doszczętnie moje ulubione buty ponieważ wpadłam w kałużę wysiadając z moim ojcem z autobusu. Ojciec bardzo mocno ściskał mnie za dłoń. W ogóle miał ciężką rękę, choć paradoksalnie nie pamiętam, żebym dostała od niego kiedykolwiek jakieś większe lanie...

Mój brat miał być "lekarstwem" na walące się małżeństwo mich rodziców. To był pomysł mojej Mamy, żeby drugi raz zajść w ciążę. Niestety - jej plan okazał się niewłaściwy. Wszystko potoczyło się innymi torami.

poniedziałek, 20 marca 2017

Wiele młodych osób zakładając rodzinę pragnie mieć święty spokój, co łączy się z pragnieniem własnego dachu nad głową. Tak było, jest i chyba będzie nadal, no chyba że dorośli zaczną wychowywać swoje dzieci na nieudaczników i patologię życiową, co to samemu nie potrafią wody na herbatę zagotować.

Otóż moja Mama wraz ze swoim świeżo poślubionym mężem i dzieckiem w drodze również przeżywała tego typu kłopoty ponad 40 lat temu. Z tym, że mój ojciec miał ówcześnie pracę pozwalającą na wyżywienie swojej rodziny oraz wynajęcie czegoś małego, co pozwoliłoby na osiągnięcie "świętego spokoju". Zresztą wyrażenie "święty spokój" będzie się przewijało przez moje życie aż do aktualnych czasów. 

Tak więc po moich narodzinach i kilku miesięcznym pobycie w swoim rodzinnym mieszkaniu w starej kamienicy, moja Mama wraz ze swoim mężem postanowili wyprowadzić się do wynajętego mieszkanka. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku trudno było o luksusy, tak więc z opowieści mojej Mamy wyłaniał się obraz klitki - małej izby, w której dosłownie mieli wszystko: sypialnię, łazienkę (tzn. w grę wchodziło tylko mycie, bo kibelek był na podwórku) i kuchenkę. Jakoś musiało to życie iść, bo i czasy były niewesołe, a i pragnienie normalności podniosło swoją rangę. 

Mój ojciec żadnych elitarnych szkół nie pokończył. Otrzymał zawód po Zasadniczej Szkole Zawodowej, odbył uczciwie służbę wojskową i uczciwie też pracował. W jego przypadku pochodzenie było wielce odpowiednie ponieważ urodził się na wsi, kiedyś zabitej dechami, a dziś to już mini miasteczko z wyremontowanym Ryneczkiem oraz prężnie działającą ekipą samorządową. Wraz z Mamą tworzyli podstawową jednostkę społeczną odznaczającą się walorami, które dla kraju socjalistycznego były bardzo odpowiednie. 

Kiedy okazało się, że warunki lokalowe w wynajmowanej klitce nie sprzyjają ani rozwojowi dziecka, ani nie wspomagają zdrowia mieszkańców - ofertę pomocy wysunęła najstarsza siostra mojej Mamy. Ona jako pierwsza wyprowadziła się z domu rodzinnego i jako pierwsza dorobiła się spółdzielczego mieszkania. Fakt, że nie było ono do końca spłacone w niczym nie przeszkadzał, bo ciotka oprócz pracy państwowej dorabiała chałupniczo przepisując teksty na maszynie. Jej dzieci były już nastoletnie, a ona sama właśnie się rozwodziła.

Mieszkała na osiedlu wybudowanym w 1969 roku. Mieszkanie miało trzy pokoje i jak na tamte czasy - posiadało same wygody:  osobną łazienkę, ciepłą wodę w kranie i wannę. Nie pamiętam tego okresu. Byłam brzdącem dopiero co urodzonym. Moja aktywna pamięć rozpoczyna się dopiero w okresie jakichś czterech lat. Kiedy to ojciec mój otrzymał lokal z zasobów miasta (tzw. komunalkę). Ale o tym za chwilę. 

Ciotka zawsze była interesowna. Nigdy niczego nie zrobiła z dobroci serca, choć często wypominała, że nikt jej nie jest wdzięczny za to, że tak pomaga i daje innym. Tylko, że to "dawanie" polegało zazwyczaj na pokazaniu swojej wyższości. Na poniżeniu osób, którym rzekomo chciała swoją dobroć okazać. To dlatego do dziś uważana jest za materialistkę i cyniczną wobec innych osobę. Jej pomoc w postaci użyczenia pokoju dla własnej siostry skończyła się w momencie, kiedy ojciec mój skorzystał z okazji zapisania się do partii, a co się z tym wiąże - przyspieszenia przydziału mieszkania. 

Ojciec nigdy polityczny nie był. W czasie stanu wojennego nigdy nie mieliśmy nic wspólnego z żadną konspiracją, bibułami, tajniakami, ani nawet nie było mowy o współpracy w drugą stronę. Ot, zwykłą polska rodzina, która musi jakoś przetrwać te ciężkie czasy. Tak więc czerwona książeczka przydała się ojcu tylko raz, ale za to ze znakomitym skutkiem. 

Mieszkanie miało jeden pokój, łącznie 25 m2, ale wyposażone było w osobną łazienkę, kuchnię z oknem, ciepłą wodę z kranu i ... kaloryfery. 

Mieszkałam tam aż do ukończenia 10 roku. 

 
1 , 2