Kategorie: Wszystkie | Dzieciństwo
RSS
poniedziałek, 26 czerwca 2017

Człowiek mierzy się w życiu z różnymi wyborami. Zaczyna się od czasów szkolnych, a kończy na życiu dorosłym, dojrzałym, a i tak zapewne na łożu śmierci myśli się o tym, czego nie zdołało się zdobyć. 

Kiedy nie miałam jeszcze siedmiu lat normalnym było, ze moja Mama zastanawiała się do jakiej szkoły mnie posłać. Wtedy jeszcze konsultowała to z moim ojcem. W planach była pobliska szkoła muzyczna, do której, jako sześcioletni glut musiałam zdać pewne egzaminy. Z racji niezłego (wtedy) słuchu oraz poprawnie zaliczonych testów egzaminacyjnych dostałam się na listę zakwalifikowanych dzieci do podstawowej szkoły muzycznej. Niestety - z braku miejsc oraz z powodu tzw. rejonizacji, do szkoły mnie nie przyjęli i rozpoczęłam naukę w zwyczajnej podstawówce jakich było wiele. 

Mama swego czasu rozważała nawet puszczenie mnie do zerówki w wieku 5 lat. Ponieważ urodzona jestem w marcu, we wrześniu miałam 5,5 r. Podobno jak na swój wiek byłam dość rozwinięta emocjonalnie i psychicznie, ale Mama w końcu postanowiła, że pośle mnie do zerówki w przyszłym roku. Tym bardziej, że na jednym osiedlu mieszkała moja koleżanka, która miała tyle samo lat co ja i tez wybierała się normalnym trybem do szkoły. 

W podstawówce od razu poczułam które przedmioty będą moimi ulubionymi, a których do końca edukacji nie będę trawić. Lubiłam: polski, historię, język rosyjski ;-) biologię, plastykę, ZPT, nie lubiłam: geografii, fizyki, chemii, a nie znosiłam matematyki i w-fu. 

Moja wychowawczyni z klas 1-3 była już wiekowa :-) jeśli z punktu widzenia siedmiolatki pani prawie czterdziestoletnia to "stara baba". Bardzo ją lubiłam, pamiętam do dziś jej imię i nazwisko i wiem, że jeszcze żyje będąc sędziwą staruszką. 

W czwartej klasie za wychowawcę dostaliśmy pana od historii, też pamiętam jego imię i nazwisko oraz siwe wąsy, do których posiadał specjalny grzebyk i po każdym posiłku majestatycznie czesał swój bujny zarost. Brakowało mu tylko gestu podkręcania wąsa ;-) Nasz wychowawca a zarazem historyk przemycał nam w starszych klasach historię, o której nie wolno nam było się uczyć. Ponadto samodzielnie uczył się języka angielskiego i to też próbował nam zaszczepić mówiąc, że angielski jest zamiast rosyjskiego językiem przyszłości. 

Mimo mojej jawnej nienawiści do matematyki miałam bardzo dobrą, młodą i zdolną nauczycielkę tego przedmiotu. Skromna, cicha i nad wyraz spokojna powinna raczej zostać zakonnicą aniżeli nauczycielką, ale to był jej wybór. Nauczyciele się zmieniali, ale w mojej głowie utkwił mi jeszcze pan od przysposobienia obronnego, który nosił w tylnej kieszeni dżinsów złożoną w kosteczkę materiałową chustkę. Kiedy chciał oczyścić nos, odchylał jeden ze złożonych płatów chusteczki, smarkał w utworzoną szczelinę, a następnie dokładnie składał materiał jak było przed oczyszczaniem. Za kolejnym razem odchylał drugi płat tej samej chusteczki, za następnym - trzeci i te ruchy powtarzał chyba dopóki chusteczka w każdym calu nie była zasmarkana. Za każdym razem na płasko złożona i wsadzona do tylnej kieszeni spodni ;-) Pan od P.O. był byłym wojskowym. Nikt tak nas nie przemusztrował jak on. Zakładałam maski p.gaz oraz musiałam uczyć się stopni wojskowych na pamięć, które potem pan skrupulatnie sprawdzał pokazując jedynie belki do rozpoznania. 

Kiedy nastała ósma klasa jako nauczyciel plastyki przyszedł do naszej szkoły student ASP. Nie pamiętam jak się nazywał, ale wszyscy nazywali go "Miszą". Miałam u Miszki same szóstki, choć wtedy skala ocen wahała się od "2" do "5". Oczywiście w dzienniku i na świadectwie szóstki nigdy nie zobaczyłam. To Miszka namówił mnie na liceum plastyczne, którym to pomysłem podsycała moje plany również Mama. Do zdobycia miejsca w tymże liceum potrzebne były egzaminy (jak ówcześnie do każdej średniej szkoły), jednakże wzbogacone w prace rysunkowe różnych technik. I to spowodowało mój paraliżujący strach, który powiedział mi za uchem, że żaden z moich rysunków na pewno nie zostanie doceniony i na pewno nie dostanę się do liceum plastycznego. Odpuściłam więc. 

Kolejnym moim krokiem, własnym, po którym moja Mama przeprowadziła ze mną poważną, dorosła rozmowę, było złożenie papierów do handlowej zawodówki. Poszłam tam razem z moja koleżanką, która nie miała na siebie pomysłu i z racji bliskiego zamieszkania złożyła dokumenty do popularnej "handlówki". Kiedy moja Mama dowiedziała się o tym kroku zapytała surowo: "coś ty zrobiła?! chcesz do końca życia ważyć cukier na zapleczu? natychmiast wyciągaj te papiery z tej szkoły". 

I poszłyśmy do psychologa. 

Po wnikliwym wywiadzie pani psycholog stwierdziła, że skoro mam zdolności plastyczne, muzyczne, opiekuję się młodszym bratem, to może trzeba mnie posłać do szkoły, która zrobi ze mnie przedszkolankę? Na początku ten pomysł mi się bardzo podobał, ale potem okazało się, że pokręcona droga mojej kariery musiała wieść wybojami i trasą z wertepami.

Na początku w pierwszej klasie wszystkie dziewczyny jakoś dobrały się w pary "ławkowe". Ja również znalazłam sobie koleżankę, z którą miałam spędzić resztę liceum w jednej ławce. Niestety, koleżanka miała bardzo złe wyniki i nie przepuścili jej do drugiej klasy. Zostałam więc sama. Ta samotność krąży wokół mnie od dzieciństwa i teraz, z perspektywy czasu wiem, że mi jest z nią dobrze. Jednakże wtedy zawsze czegoś mi brakowało - chłopaka, koleżanki z klasy, za przyjaciółkę miałam Mamę i może dlatego po dziś dzień nie umiem żyć w obcej społeczności.

Wybór Studium Nauczycielskiego spowodował, że miałyśmy lekcje gry na wybranym instrumencie. Przy zapisie były do wyboru albo akordeon, albo pianino. Wybrałam to drugie. Potem okazało się, że klas z pianinem jest 4, żaden uczeń nie chciał wtedy grać na akordeonie. Los wrzucił mnie do klasy, w której nauczycielem od instrumentu był mężczyzna. W klasach pozostałych uczącymi były kobiety. I ten facet pozostawił w mojej głowie wspomnienia, które w dzisiejszych czasach nazwano by molestowaniem.

Nasz nauczyciel lubił kiedy dziewczyny przychodziły w krótkich spódniczkach i wydekoltowanych bluzkach. Ponieważ ja takich ubrań nigdy nie lubiłam zawsze miałam gorsze oceny mimo mojej ciężkiej pracy i zaangażowania w muzykę. Pan od pianina lubił głaskać nas po dłoniach twierdząc, że układa nam ręce na klawiaturze. Teraz, z perspektywy czasu tak to widzę, wtedy - moje koleżanki chichrały się z tego powodu i było im wesoło, że za pozwolenie na dotyk mają piątki.

Moja przygoda ze Studium Nauczycielskim skończyła się po dwóch latach. Przez ogromną absencję szkolną spowodowaną awersją do obrzydliwego dziada od instrumentu - nie zdałam. W zasadzie on był główną przyczyną, a nieobecności spowodowały nieklasyfikację z innych przedmiotów.

Kolejny rozdział mojego życia rozpoczęłam już w liceum ogólnokształcącym albowiem byłam ostatnim rocznikiem, który mógł ukończyć sześcioletnie Studium Nauczycielskie. Później już nauczyciel, czy to wczesnoszkolny, czy przedszkolny musiał posiadać wykształcenie wyższe. Studium więc zlikwidowano, a mnie wrzucono do LO w tym samym budynku. Z dziewczynami ze Studium nie utrzymuję żadnego kontaktu.   

07:01, sokramka
Link Komentarze (1) »
sobota, 10 czerwca 2017

Każdy ma w swoim życiu epizod zakochania się w szkolnej koleżance, czy koledze :-) Tego nie da się uniknąć. Moja przygoda z zakochaniem zaczęła się w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Miałam tak blisko od domu, że Mama zaprowadzała mnie tylko w zerówce, natomiast już od pierwszej klasy chodziłam sama, a moja rodzicielka stała na balkonie i patrzyła czy dotarłam do budynku szkolnego.

Tak więc mój pierwszy obiekt zakochania miał na imię Olek. Chodził ze mną do klasy, a co więcej - mieszkał w tym samym bloku i jeździł ze mną windą. Mieliśmy tak blisko do szkoły, że nasi rodzice nie mieli potrzeby odprowadzania nas. 

Pewnego dnia wracaliśmy z Olkiem razem do domu, wsiedliśmy do windy, a w tej windzie Olek powiedział mi, że bardzo mnie lubi. Odparłam mu, że też go bardzo lubię. Wtedy Olek spytał: "a dasz buzi?", bez wahania cmoknęłam go w policzek :-)))))) Tak to para siedmiolatków gorszyła świat w Peerelowskiej windzie :-))))) Siedziałam potem w domu z wypiekami na twarzy i nie wiedziałam co zrobić. Pamiętam to jak dziś.

Z tego co się później dowiedziałam Olek chyba w trzeciej klasie przeprowadził się kilka ulic dalej, a co za tym idzie zmienił szkołę. Potem słyszałam, że marnie skończył - wagarował, nie ukończył żadnej normalnej szkoły. 

Co do szkolnych miłostek w samej podstawówce nie pojawiały się już żadne obiekty mojego zakochania ;-) Po skończeniu ośmioletniej podstawówki poszłam do sześcioletniego Studium Nauczycielskiego, a tam, niestety w klasie (i w szkole) same baby. Kiedyś wracałam autobusem ze szkoły, w którym spotkałam swoją koleżankę z podstawówki. Zapytałam się lakonicznie, czy ma chłopaka w klasie. Miałam na myśli jakąś męską osobowość, nie wyjaśniłam wcześniej, że chodzę do liceum, w którym są same dziewczyny. Koleżanka z dumą odparła, że w klasie nie ma, ale spotyka się z takim jednym fajnym maturzystą :-)))))) Ot wynikła rozmowa kury z gęsią :-))))))

Moja "kariera" w Studium Nauczycielskim skończyła się po dwóch latach. O przyczynach należy napisać w innym wątku. Znalazłam się następnie w Liceum Ogólnokształcącym, w którym ciężko mi było się zaaklimatyzować. Młodzież z racji drugiej już klasy LO miała zawiązane swoje przyjaźnie i grupki zainteresowań, a mnie trudno było znaleźć klimaty, które by mi odpowiadały. Był jednak w szkole taki chłopak, za którym wzdychała cała rzesza lasek. Wśród tych wzdychających byłam i ja, ale pokątnie. Nigdy bowiem nie miałam okazji nawet z nim pogadać. Pamiętam jego imię, to, że chodził w kraciastych koszulach i zajebiście grał na gitarze. Słuchał tego co ja, a szalały za nim dziewczyny, których jedynym idolem był Michael Jackson i Modern Talking :-))))

Niestety i ze wspomnianego liceum szybko się ewakuowałam. O przyczynach będzie gdzie indziej. W międzyczasie zmieniałam też miejsca zamieszkania, a co się z tym wiąże - towarzystwo jakie aktualnie zamieszkiwało okolice. 

Na jednym z takich osiedli, mając lat 15-16, znałam mnóstwo młodzieży, z którą zawiązałam większe i mniejsze przyjaźnie. Wśród nich byli bracia - ten starszy miał tyle samo lat co ja. Został obiektem moich westchnień. Niestety, kiedy wszystko wyszło na jaw, któregoś dnia usłyszałam od niego słowa ostre jak brzytwa: "nie rób sobie nadziei, dziewczyno, z tego i tak nic nie będzie". 

Dziś wspominam to z uśmiechem, ale dla mnie - wtedy - zadurzonej po uszy nastolatki, był to cios śmiertelny ;-) Dobrze, że miałam wtedy wsparcie w Mamie (zawsze je miałam) i jedna z moich koleżanek z tamtejszego towarzystwa też mnie skutecznie pocieszała. 

Z miłostek szkolnych nic mi nigdy nie wychodziło. Nie byłam blond sex bombą, ani przebojową szatynką. Zawsze z boku, zawsze na bakier z płynącymi trendami. Ale z perspektywy czasu niczego nie żałuję. Miałam oczywiście swoje marzenia o facecie na motocyklu, grającym na jakimś instrumencie, z tatuażami, długowłosym... Na taki ideał nigdy się nie doczekałam, ale swojego księcia z bajki już mam ;-)

10:19, sokramka
Link Komentarze (2) »
niedziela, 04 czerwca 2017

Byłam dzieckiem przełomowym na granicy końca socjalizmu i początku raczkującej demokracji kapitalistycznej. Odkąd pamiętam mój ojciec pracował, zarabiał i utrzymywał w ryzach finansowy szczebel układanki rodzinnej. Mama była tak zwaną "kurą domową" - opiekowała się dziećmi, prała, prasowała, gotowała, piekła domowe ciasta, chlebki, wyrabiała domowy makaron, robiła biały ser, przetwory i inne smaczne, domowe rzeczy. Mam w głowie nawet takie wspomnienie, kiedy to na wersalce w pokoju rozłożone jest białe prześcieradło, a na nim leżą równiutko rozwałkowane placki makaronowe, które mają przeschnąć. Następnie Mama kroiła te placki na cienkie pasy, które składała jeden na drugi i po chwili wyskakiwały spod jej małych, ale jakże zręcznych dłoni, zgrabne kluseczki. Pakowała je później do papierowych torebek i zapasu makaronu było na długo. 

Taka była praca Mamy - zajmowanie się domem. A ojciec pracował jako kierowca. Miał prawo jazdy na prawie wszystkie kategorie więc spokojnie zasiadał za kierownicą ciężarówki i jeździł. Dodatkowo ojciec wystawał w kolejce po chleb i mleko. Jak byłam mała były lata siedemdziesiąte, nie pamiętam tych zdarzeń, ale utkwiły mi w pamięci z opowieści Mamy, kiedy trzeba było wstać o 4.00 rano i pójść do kolejki za mlekiem czy chlebem. To zdecydowanie robił mój ojciec. 

Mama poszła do pierwszej swojej pracy dopiero w trakcie rozwodu. Zaczęła sprzątać przychodnię ponieważ jako osoba niewykształcona żadnej innej pracy nie mogła się chwycić. Ojciec niestety był (bo nie wiem czy nadal jest) strasznym skąpcem i dusigroszem. Alimentów płacić na nas za bardzo nie chciał i nasza Mama wręcz chodziła do zakładu pracy naszego ojca i pokazywała wyrok alimentacyjny, aby pani kadrowa wszczęła odpowiednie kroki do wypłaty świadczeń na dzieci. Nie mam zielonego pojęcia czy i w jaki sposób istniała wtedy instytucja komornika. Już o to Mamy nie zapytam...

Mama z czasem pracowała bardzo ciężko. Bywało nawet, że brała trzy etaty - poranne zamiatanie klatek, południowe sprzątanie domu i wieczorne ogarnięcie biura. Ale kasa była niezmiernie potrzebna. Raz, że ojciec nie kwapił się do łożenia na dzieci, ani niczym innym nie rekompensował traumy rozwodu, a dwa, że w dobie reform i przemian gospodarczych wszystko zmieniało ceny i wymagało nie lada umiejętności ekonomicznych. 

O tym jak moja dzielna i przedsiębiorcza Mama przeprowadziła rozwód i dlaczego - będzie w innym wpisie. 

20:32, sokramka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 maja 2017

Narodziny mojego Brata były dla mnie straszną karą za nie wiem jakie przewinienia ;-) Od początku patrzyłam na tego grubego golasa (Brat ważył prawie 4kg) z odrazą. Wciąż płakał, domagał się uwagi, jedzenia, potem z czasem dowiedziałam się, że urodził się dwa tygodnie po zapowiadanym terminie. Wody płodowe były już zielonkawe, a on sam do dziś nosi na sobie konsekwencje tego przedłużonego bywania w macicy, w postaci choroby skóry. 

Z perspektywy czasu próbuję przeanalizować zachowanie mojego ojca w stosunku do swoich dzieci i chyba Brat niekoniecznie był jego ukochanym synusiem. Kiedy bywaliśmy na spacerach wolał mnie prowadzić za rękę, niż wózek, a jeśli ja wolałam z Mamą - ojciec wózek prowadził daleko przed nami. Nie pamiętam też aby ojciec w jakiś sposób poświęcał swój czas dla syna. Po pierwsze bardzo dużo pracował (proszę pamiętać, że kiedyś i w soboty szło się zarabiać), a po drugie chyba już wtedy stosunki pomiędzy moimi rodzicami nie należały do najlepszych. 

Utkwiła mi jednak pewna sytuacja związana z relacjami rodzinnymi. Kiedy miałam 9 lat, a mój Brat 3 ojciec i Mama już byli w fazie wojny. Wojna nie była otwarta, ale polegała na wypominaniu, wyznaczaniu, pretensjach i żalach. Mój ojciec na dodatek objął pozycję stratega w działaniach psychologicznych, ale o tym zapewne będzie odrębny wpis. Ojciec kupił czekoladę. Wziął na kolana mojego Brata i zaczął tę czekoladę rozpakowywać. Bawiłam się wtedy na dywanie w pokoju, Mama coś robiła w kuchni. Ojciec powiedział do Brata, dość głośno, żeby wszyscy domownicy słyszeli: "masz zjedz sobie całą, nie dziel się z siostrą, ani z mamą, bo one są niegrzeczne, ta czekolada jest od tatusia, bo tatuś bardzo cię kocha". Pamiętam jak Mama przybiegła z kuchni i wypomniała ojcu te słowa. Jak można buntować tak małe dziecko przeciw własnej rodzinie? Rodzice bardzo pokłócili się wtedy. 

Mój Brat jako dziecko był chłopcem bardzo absorbującym. Wymagał opieki, uwagi, ale ciamajda z niego nie był. Potrafił wykorzystywać moją nieuwagę, nieroztropność Mamy, miałam często wewnętrzny żal, że Mama poświęca jemu więcej uwagi niż mnie, ale z czasem zdałam sobie z tego sprawę, że musiała tak postępować. Byłam starsza, rozważniejsza, można mi było zaufać. Brat potrzebował męskiego wzorca - mądrego, męskiego wzorca, którego musiała mu zastąpić nasza Mama.

Do osiągnięcia pewnego słusznego wieku żyliśmy z Bratem jak pies z kotem. Pamiętam sytuację, kiedy niechcący rozwaliłam mu głowę :-) Miałam się nim zająć na podwórku. Miał niecałe 3 lata, ja 9 - dziś Opieka Społeczna posadziłaby naszych rodziców w areszcie za niedopilnowanie swoich dzieci ;-) Tak więc moi koledzy bawili się kilkanaście metrów dalej od huśtawki, na której bujałam mojego Brata. Ponieważ mój Brat długo nie potrafił wyartykułować dłuższego zdania (przez co babcia sugerowała lekarza psychiatrę!) nie mógł mnie poinformować, że nie chce już się bujać i chce zejść z huśtawki. Moje oczy zwrócone były w kierunku dzieciaków z mojego podwórka, ale wciąż bujałam metalową zabawką dla dzieci. Brat sam zszedł z siedziska. Po raz pierwszy oberwał huśtawką w tył głowy kiedy moi znajomi skakali w gumę. Upadł na kolana i podparł się rękami. Po raz drugi oberwał w bok głowy kiedy chciał się odwrócić i pewnie coś mi zakomunikować. Wtedy usłyszawszy jego płacz dopiero na niego spojrzałam. Z krwawiącą głową zaniosłam Brata do domu na własnych rękach. Na szczęście nic groźnego mu się nie stało, choć czasem myślimy, że jednak trochę te klapki w mózgu się poprzestawiały ;-)

Wielokrotnie darliśmy ze sobą koty, wielokrotnie Brat dokuczał mi niemiłosiernie próbując pokazać swoją wyższość choć był o wiele młodszy. Jednak za każdym razem słyszeliśmy od naszej Mamy: "szanujcie się, bo jak mnie zabraknie będziecie mogli liczyć tylko na siebie". Te słowa jak mantrę powtarzam teraz swoim dzieciom i widzę, że jest to słuszna droga. Bo pomimo różnicy wieku zaszczepiony szacunek i miłość braterska czynią cuda. Nigdy też nie usłyszałam od Mamy: "ustąp mu, on jest młodszy". Konflikty między nami Mama rozwiązywała na placu boju. Nigdy żadnego z nas nie osądziła, ani nie potępiła, czy nagrodziła. Nie chciała słuchać pyskówek w stylu: "on mi to zrobił", "ona mi tamto".

Dziś jesteśmy rodzeństwem z prawdziwego zdarzenia, choć bywają sytuacje, że nie zgadzamy się w pewnych kwestiach, ale jesteśmy wszak dorośli - trudno żebyśmy narzucali sobie własny tryb życia. Potrafimy odgadywać swoje marzenia, nadajemy na jednych falach filmowo, muzycznie (prawie, nie całkowicie), ale przede wszystkim wspieramy się. Potrafimy się pokłócić i za chwilę rozmawiać o kabaretach. Jesteśmy osobnymi, niezależnymi bytami z wyznaczoną przez siebie własną drogą życiową, a jednak pozostajemy w magicznym, braterskim związku ;-)   

20:06, sokramka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 kwietnia 2017

Kiedy rodzice otrzymali przydział na mieszkanie miałam coś około czterech lat. Dokładnie nie pamiętam, ale z opowieści mojej Mamy tak właśnie musiało być. Dla mnie było to ogromne mieszkanie. Z okruchów pamięci jakie mi się nasuwają mam przed oczami wielki pokój i przeraźliwie wysokie drzwi na balkon. W rzeczywistości pokój miał około 15m2 a drzwi balkonowe były usytuowane na jednej ze ścian owego pokoju. Innego okna tam nie było. Kuchnia była malutka, ale widna, z podwójnym oknem, łazienka tez niczego sobie - z wanną i ciepłą wodą z piecyka gazowego.

Mieszkało nam się chyba dobrze. Ze zdjęć jakie potrafię czasem przeglądać widać, że nawet były tam organizowane większe przyjęcia. Na środku stał stół i wokół niego ciasno usadowieni byli członkowie mojej rodziny. Wtedy jeszcze bardzo pełnej rodziny: trzy siostry mojej Mamy, dwie z mężami, troje rodzeństwa mojego ojca, dwójka z małżonkami, dwie moje babcie i jeden dziadek. Oj... ciasno na 15m2. Są tez i takie zdjęcia gdzie jest tylko rodzina mojej Mamy a na innych jest tylko rodzina mojego ojca. Może postanowili przyjeżdżać na raty? ;-)

Mieszkanie usytuowane było w pięciopiętrowym bloku i była tam winda. Na piętrze nad nami mieszkał chłopak, który później chodził ze mną do podstawówki. Na piętro piąte niebawem wprowadził się inny chłopak, który również został moim kolegą z klasy. Najbliższą koleżankę miałam dwie klatki dalej, oczywiście też chodziła do naszej klasy. Do dziś utrzymuję z nią sporadyczny kontakt. To już 36 lat tej znajomości.

Okres pomiędzy czwartym rokiem, a szkolnymi przygodami pamiętam słabo. Ponieważ moja Mama nie pracowała ja nie chodziłam do przedszkola. Pensja mojego ojca wystarczała na codzienne życie, opłacenie rachunków i wakacyjne wyjazdy. Potem okazało się, że ojciec "uciułał" w wersalce sporą sumkę dolarów kupowanych u cinkciarzy ;-)

Ze zdjęć wakacyjnych wyłania się kilka wspólnych wyjazdów moich rodziców ze mną, ale im jestem starsza tym tych wyjazdów wspólnych jest mniej. Jest natomiast sporo zdjęć z wakacji na wsi - u dziadków ze strony mojego ojca. Nie lubiłam tych wakacji. Kojarzyły mi się z brzęczącymi muchami nad uchem o 5.00 rano, sikaniem do nocnika w sieni domu oraz myciem w balii, w kuchni. Nie dziwi mnie z jednej strony fakt, że podczas rozwodu moich rodziców, babcia ze strony ojca wyzywała nas od "miastowych".

Miłe wspomnienia z tych wakacji krążą tylko wokół najmłodszego brata mojego ojca. Między nami jest 17 lat (chyba, o ile dobrze pamiętam) różnicy. Wujek miał niesamowity talent rysowniczy i pokazywał mi swoje dzieła - ptaszki, zwierzęta leśne, ryby, drzewa, a ja z ołówkiem siadałam obok niego i próbowałam naśladować jego rysunki. Ja swój talent zmarnowałam, wujek jest nauczycielem plastyki, historii oraz leśnikiem.

Wakacje u dziadków to też krowy i codzienne wychodzenie z babcią na pole w gumowych ciapciakach na nogach, żeby w krowim gównie nie umorusać "warsiawskich" butków. Ciepłe mleko było fajne, ale inne rzeczy nie. No i moja babcia nie była zbyt czuła i wylewna i nie przypominam sobie, żebym np. siedziała u niej na kolanach. Prędzej u dziadka - ale jego się bałam - był najlepszym kowalem we wsi, miał ogromne dłonie i wysoki wzrost. Podobno bil moją babcię, ale ze wspomnień to ona wydaje mi się bardziej "surowa" i niedostępna.

Kiedy miałam 6 lat urodził się mój brat. Pamiętam dokładnie ten dzień, bo była wtedy burza i lał straszny deszcz. Zmoczyłam doszczętnie moje ulubione buty ponieważ wpadłam w kałużę wysiadając z moim ojcem z autobusu. Ojciec bardzo mocno ściskał mnie za dłoń. W ogóle miał ciężką rękę, choć paradoksalnie nie pamiętam, żebym dostała od niego kiedykolwiek jakieś większe lanie...

Mój brat miał być "lekarstwem" na walące się małżeństwo mich rodziców. To był pomysł mojej Mamy, żeby drugi raz zajść w ciążę. Niestety - jej plan okazał się niewłaściwy. Wszystko potoczyło się innymi torami.

 
1 , 2